
Współpraca z wydawnictwem Dwie Siostry
Klubowa recenzentka: Kasia Klein
“Całe to bycie, to działanie, bujne, lśniące, dźwięczne, wyparowywało; i człowiek z powagą kurczył się we własną jaźń, w klinowaty rdzeń ciemności, coś czego inni nie widzą. (…) Pod spodem wszystko jest ciemne, rozległe, niepomiernie głębokie; ale od czasu do czasu wypływamy na powierzchnię i tak nas właśnie postrzegają.”
Pani Ramsay w ciągu dnia świeci nieustannie. Swoim pięknem, czułością do dzieci (ma ich ośmioro), wyrozumiałością dla nieco próżnego męża, potrzebą swatania swoich gości i dbania o tych, którzy spędzają czas w jej letnim domu na wyspie Skye. Kiedy zadba już o nich wszystkich, zdejmuje z siebie powinności matki i żony. Porzuca powierzchowne “ja” i zatapia się w niewidzialną ciemność – jedyne miejsce autentycznego spotkania ze sobą. I zdaje się, że tylko Lily Briscoe, malarka próbująca uchwycić portret gospodyni, widzi także ten cień.
“Do latarni morskiej” jest jedną z tych powieści, w której pozornie nie dzieje się prawie nic, a pod powierzchnią dzieje się w niej wszystko. To historia o rodzinie, domu i o tym, jak czas bezlitośnie zmienia scenerię. O małych, efemerycznych momentach, które niezauważenie stają się czymś trwałym. Bo prawdziwa istota tkwi w ciemnej sile, dzięki której wciąż odczuwamy obecność tych, których już z nami nie ma.
Można streścić tę historię jednym zdaniem i jednocześnie rozmawiać o niej godzinami: o splataniu się ciemności z jasnością, samotności z miłością, przemijania z trwaniem. O symbolice, strukturze i języku.
Jak snop światła latarni morskiej, proza Woolf omiata strumienie świadomości bohaterów, łącząc ich myśli i perspektywy płynnym, migotliwym światłocieniem. Płyniemy ze świadomości do świadomości, a gęste, wielokrotnie złożone zdania czyta się jednym tchem, schodząc coraz głębiej.
Niewątpliwa jest tu zasługa tłumaczek, które zachowały wierność oryginałowi. Przekład rozpoczęty przez Barbarę Kopeć-Umiastowską dokończyła po jej śmierci Magda Heydel.
Gdybym miała określić to wydanie Wydawnictwa Dwie Siostry jednym słowem, byłoby to: kompletne. Błękitny druk i ilustracje Zosi Frankowskiej wykonane techniką cyjanotypii (która wykorzystuje przecież światłoczułość!) idealnie współgrają z narracją Woolf. Prace Zosi czasem dopowiadają tekst wprost – jak motyw stołu, czasem są puszczeniem oka do czytelnika – jak wyklejka we wzór jajek siewki (dokładnie taki, jaki widniał na książce pana Ramsay’a), a czasem są czystą abstrakcją.
Zachwyciło mnie też wydzielenie drugiej, najkrótszej, a zarazem najbardziej bolesnej części powieści barwionym papierem.
Dla mnie to książka o migotaniu codzienności i relacji międzyludzkich. I tak jak Lily Briscoe, myślę, że chodzi o te “drobne codzienne cuda, olśnienia, zapałki nieoczekiwanie rozbłyskujące w mroku (…)”

0 komentarzy