Klubowa recenzentka: Elżbieta Ładoga

Przyznaję – do sięgnięcia po „Antidotum” skłoniły mnie: intrygujący opis, zachwycająca okładka, przepiękne, cieszące oko wydanie (zające! zdjęcia!),  jednak przystępując do lektury, zupełnie nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Ale teraz już wiem. Wszystkiego. Absolutnie wszystkiego. To gęsta, mięsista powieść, niezwykle pojemna (tyle treści, wątków, bohaterów, tematów do refleksji!); wymagająca, ale wdzięczna –  trochę jak puzzle, których pozornie nie da się ułożyć, a potem nagle, nie wiadomo kiedy, składają się w zachwycającą, satysfakcjonującą całość. 

Karen Russell napisała historię o pamięci i wypieraniu wspomnień (na własne życzenie lub za czyjąś sprawą), o uprzedzeniach, niesprawiedliwości i złu („Lepiej ty niż ja”, s. 274), samotności („Cudze szczęście, kiedy ciebie nie dotyczy, potrafi parzyć jak pokrzywy”, s. 310), sile wspólnoty, relacjach („Jak to miło, że z dołu dochodzi śmiech”, s 387), tęsknocie, żałobie, naturze, o sporcie wreszcie i pasji,  w niezwykły sposób łącząc, zdawałoby się, niemożliwe do połączenia: historie Indian i Polaków, losy preriowej wiedźmy, przyjezdnej fotografki, samotnego farmera i nastoletniej koszykarki, stracha na wróble i rudej kotki, którym oddaje głos (!) na kartach swojej powieści. 

„Lecz wątpliwe nie znaczy niemożliwe.

Wątpliwe oznacza uchylone drzwi”.

(s.253)

Fikcyjne miasteczko Uz, którego  mieszkańcy powierzają swoje sekrety Antidotum -preriowej wiedźmie- i natychmiast o nich zapominają; kryminalna zagadka; tajemniczy strach na wróble, największa w historii Ameryki burza piaskowa, która niszczy nie tylko plony, ale i wspomnienia innych ludzi, przechowywane przez wiedźmę, wywołując zamęt – wszystko to sprawia, że „Antidotum” jest powieścią niebanalną, niezwykłą, świeżą.


0 komentarzy

Dodaj recenzję

Avatar placeholder