Nowość od autorki “Yellowface”
Rebeccę F. Kuang poznałam przy okazji „Yellowface”, którą czytałyśmy w Klubie Czułej Czytelniczki w styczniu 2024. To pokręcona i pełna dram historia o światku wydawniczym, bez cenzury i dorabiania patosu. Bardzo odświeżająca.
“Zapiski z Tajpej”, najnowsza powieść Rebecci, wychodzi w polskim przekładzie Grzegorza Komerskiego 21 października, niecałe dwa miesiące po amerykańskiej premierze.
W porównaniu do “Yellowface” jest spokojniejsza i mniej absurdalna.
Powieść uniwersytecka rozgrywająca się jednego lata na Tajwanie
Lily Chen, studentka Yale od dziecka wychowywana w Bostonie, przylatuje do Tajpej, żeby wziąć udział w intensywnym programie nauki chińskiego. To zdystansowana, ironicznie zabawna prymuska i (zdecydowanie!) over-thinkerka, która nazywa tę wyprawę „podróżą do korzeni i poszukiwaniem własnej tożsamości” (ten i kolejne cytaty to moje “robocze” tłumaczenia, “Taipei story” czytałam po angielsku). Rodzina Lily pochodzi z Chin kontynentalnych, z prowincji Guangdong, w której wciąż mieszkają jej dziadkowie, ale…. Lily nie może ich odwiedzić, bo nie zadała sobie trudu, żeby wyrobić wizę. “Podróż do korzeni” obejmująca Tajwan był łatwiejszym wyborem, bo wymagała mniej zachodu. Życie.
Początek “Zapisków z Tajpej” przypomina oldskulowego bloga podróżniczego
Lily relacjonuje swoje emocje i doświadczenia: wynajmuje (zdecydowanie za małe) mieszkanie z koleżanką, uczy się wyrzucać zużyty papier toaletowy do kosza zamiast do muszli klozetowej, chodzi na zajęcia, zawiera nowe znajomości, odwiedza bary polecane na yelpie i próbuje lokalnych dań (kosmicznych smaków puddingu z tofu!).
Niemiłosiernie się poci, walczy z obezwładniającym upałem, komarami i wilgocią.
I odkrywa, że jej pilność i nerdowskie podejście do nauki przegrywają w starciu ze skomplikowanym językiem chińskim. Na zajęciach idzie jej średnio, a próba rozszyfrowania napisów na bilbordach, czy bardziej skomplikowane zamówienie w restauracji przyprawiają o ból głowy Przed wyjazdem naiwnie zakładała, że chiński vibe ma we krwi, „niczym przeciwciała, które niemowlęta dziedziczą po matkach” ale zderzenie z rzeczywistością okazało się przytłaczające.
A potem dochodzi do przykrego incydentu w wannie
(który Rebecca potraktowała zdecydowanie za lekko, ale w sumie też bardzo prawdopodobnie)
Lily ląduje na społecznym marginesie, a na dokładkę dostaje smutną wiadomość z domu rodzinnego. Dalszą część powieści spędza samotnie, odkrywając Tajpej na własną rękę. Włóczy się po kawiarniach, zapisuje na wycieczki z przewodnikiem i uczestniczy w koncertach fortepianowych. Unika rówieśników i swojej współlokatorki.
Samotność daje Lily przestrzeń do rozmyślań, w których razem z nią przepływamy od ważnych spraw, do zupełnych błahostek, aż do egzaminów końcowych i ważnego pytania, a w zasadzie kilkunastu, które wypełniają jeden z ostatnich rozdziałów. Warto się przy nich zatrzymać.
Podeszłam do “Zapisków” bez oczekiwań i wciągnęłam się, tym bardziej, że historia Chin i język nigdy do tej pory mnie zajmowały, więc też sporo się nauczyłam. 5/5.

0 komentarzy