Jest to chyba najdziwniejsza książka jaką ostatnio czytałam. Z jednej strony nie mogłam się wkręcić, z drugiej nie dało się jej odłożyć! Akcja toczy się w fikcyjnym miasteczku Uz (czuję nawiązanie do “Czarnoksiężnika z Oz”, z resztą nie tylko w nazwie miasteczka!), w stanie Nebraska.

Lata 30. XX wieku, czasy Wielkiego Kryzysu.

Antidotum to „preriowa wiedźma”, u której klienci „deponują” swoje traumatyczne wspomnienia, grzechy i tajemnice. Szeptają jej o wszystkim wprost do ucha, przez zieloną trąbkę. Trochę jak spowiedź katolicka, ale jednak nie do końca, bo po złożeniu depozytu tracą pamięć o danym wydarzeniu do czasu, aż zdecydują się je wycofać. Sama Antidotum, nie ma pojęcia, co jej powierzono, dzięki czemu wspomnienia klientów są całkowicie bezpieczne.

Gdy jedna z najgorszych burz pyłowych w historii Ameryki wzbija w powietrze tysiące ton wierzchniej warstwy gleby, przerażona Antidotum odkrywa, że wszystkie powierzone jej przez ludzi wspomnienia zniknęły.

Co ma zrobić, gdy klienci będą chcieli je odzyskać?

W skrócie powiedziałabym, że to powieść o pamięci. O pamięci osobistej, zbiorowej i narodowej. O wspomnieniach, które zachowujemy, i o tych, które tracimy. O pamięci celowo wymazywanej – tym, o czym same wolałybyśmy zapomnieć, i o tym, co jest historycznie niewygodne do zapamiętania.

Podczas czytania nie dawało mi spokoju pytanie, o czym sama chciałabym zapomnieć, gdybym tylko miała taką możliwość.


0 komentarzy

Dodaj recenzję

Symbol zastępczy awatara