Z moich notatek: to bardziej zbiór wyostrzonych kadrów niż pełnowymiarowa powieść. Całość ma zaledwie 112 stron.
Z tyłu okładki czytam, że to mikrohistoria jednej rodziny, a jednocześnie opowieść o wielu polskich rodzinach (…)”, ale nie czuję, żeby to zdanie pasowało do mojego odbioru „Trzewi”.
Dla mnie to przede wszystkim historia dziewczynki, która rosła i dojrzewała z zaburzeniami odżywiania. To opowieść o skomplikowanym stosunku do jedzenia, którego najpierw brak, a potem nadmiar naznaczał kolejne pokolenia w jej rodzinie.
Relacje między narratorką a dziadkami, rodzicami i rodzeństwem rozpisane są przez filtr przesłodzonych bułek drożdżowych i ociekających tłuszczem karkówek, którymi próbuje się łatać emocjonalne dziury. W tle przesiedlenia i przeprowadzki, śmierć i rozstania. Niezaleczone traumy. Życie.
Dużo jak na tak niewiele stron, mocna książka.
Wydawnictwo Czarne
